Sąd Rejonowy w Giżycku unieważnia rozwód, a przy okazji: spłaszcza kulę ziemską, wskrzesza umarłych i zamienia wodę w wino.

Ostatnie dni przyniosły – bez cienia przesady – medialne trzęsienie ziemi w związku z po­stanowieniem Sądu Rejonowego w Giżycku wydanym w sprawie o podział majątku wspólnego po­między byłymi małżonkami.

Tak się złożyło, że jako adwokat podjąłem się pomocy prawnej uczestniczce tego postępo­wania, a tym samym – zupełnie mimowolnie – zostałem wrzucony w sam środek tej osobliwej bu­rzy.

Co się tak naprawdę stało?

Jako adwokat, prawnik z wieloletnim doświadczeniem, odpowiem krótko i bez egzaltacji: nie stało się nic nadzwyczajnego. Sąd wydał rozstrzygnięcie, które – jak każde inne – podlega kon­troli instancyjnej Sądu II instancji. Kropka.

Inna rzecz, że decyzja ta może być postrzegana jako szokująca, niebezpieczna, skandaliczna, kuriozalna – niepotrzebne skreślić. Jednak pozwolę sobie przypomnieć stare adwokackie porzeka­dło: kto był w sądzie, ten w cyrku się nie śmieje.
Przez lata wykonywania zawodu widziałem już całą kolekcję rozstrzygnięć skrajnie nietraf­nych, wadliwych czy wręcz absurdalnych. Część z nich udało się uchylić lub zmienić w toku postę­powań odwoławczych – i te na szczęście dziś nie obowiązują. Inne zaś, mniej szczęśliwe, są prawo­mocne i funkcjonują w obrocie prawnym. Taki urok systemu.

Skąd więc ten rwetes?

Już tłumaczę.

Sąd po formalnym zbadaniu sprawy o podział majątku nie dopatrzył się żadnych braków formalnych ani przeszkód procesowych, doręczył odpis wniosku mojej Klientce oraz zobowiązał ją do złożenia odpowiedzi wraz ze stanowiskiem i wnioskami dowodowymi. Odpowiedź została spo­rządzona.
Obie strony i ich pełnomocnicy doskonale wiedzieli, co stanowi oś sporu, i nikt nie miał naj­mniejszych wątpliwości, że sprawa nadaje się do merytorycznego rozpoznania.

Sąd wyznaczył pierwszy termin rozprawy jeszcze pod koniec 2025 r. I właśnie na tej rozpra­wie ogłosił, że… kwestionuje istnienie wyroku rozwodowego.
Dlaczego? Otóż – według zapatrywania Pani Sędzi – osoba, która ten rozwód orzekała, była tzw. neo-sędzią, a więc w istocie sędzią nie była. Skoro nie była sędzią, to nie mogła wydać wyro­ku. Skoro nie wydała wyroku, to wyroku nie ma. Skoro nie ma wyroku, to małżeństwo nadal trwa, wspólność majątkowa istnieje, a podział majątku jest – z mocy prawa – niemożliwy.

Proste? No oczywiście.

Sąd uprzejmie poinformował strony, jak – jego zdaniem – można wydostać się z tego proce­duralnego labiryntu, po czym wyznaczył kolejny termin rozprawy.

Decyzja ta była dla mojej Klientki – i, podejrzewam, także dla drugiej strony – całkowicie niezrozumiała i zwyczajnie oszałamiająca.
Nie ukrywam, że mimo wielu lat wykonywania zawodu sam poczułem się nieco zaskoczony takim obrotem spraw. Wytłumaczyłem Klientce (a przynajmniej próbowałem), co się wydarzyło i jakie potencjalne konsekwencje może to rodzić.

W styczniu 2026 r. na kolejnej rozprawie strony podtrzymały swoje stanowiska. Pełnomoc­nicy zgodnie wskazali, że dopóki wyrok rozwodowy nie zostanie uchylony albo wyeliminowany z obrotu w sposób przewidziany prawem, dopóty obowiązuje i wiąże wszystkich – w tym także sąd orzekający w sprawie o podział majątku.

Sąd tej argumentacji nie podzielił. Zamknął rozprawę i oddalił wniosek o podział majątku wspólne­go, w ustnych motywach uzasadnienia ponownie wskazując, że – w jego ocenie – wyrok rozwodo­wy w istocie „nie istnieje”.

I wtedy… rozpętało się piekło.

Najpierw na jednym z portali internetowych. Następnie temat został podchwycony przez ko­lejne media, później wkroczyła prasa i telewizja. Niestety, pogoń za sensacją sprawiła, że już same nagłówki w rodzaju „Sąd w Giżycku unieważnił rozwód” skutecznie uniemożliwiały rzeczowe tłu­maczenie, co faktycznie miało miejsce.

Z tego powodu zgodziłem się na udzielenie wywiadu telewizyjnego, licząc – być może naiwnie – że uda się nieco ostudzić emocje. Z tego samego powodu powstał niniejszy tekst.

Po pierwsze.
Nie zgadzam się z decyzją Sądu ani z zaprezentowanym poglądem co do możliwości samo­dzielnego kwestionowania wyroku innego sądu. Niezależnie od tego, jakie kto ma zdanie na temat statusu tzw. neo-sędziów, wydany przez nich wyrok istnieje w obrocie prawnym, wiąże strony i obowiązuje, dopóki nie zostanie uchylony w odpowiednim trybie. Każda inna koncepcja to nie prawnicza subtelność, lecz zwykła anarchia.

Wyobraźmy sobie, że sąd w składzie z neo-sędzią wydaje postanowienie o tymczasowym areszto­waniu. Policja przywozi podejrzanego do aresztu śledczego, a dyrektor placówki odsyła konwój z kwitkiem, bo – jego zdaniem – postanowienie wydał ktoś, kto sędzią nie jest, więc postanowienia „nie ma”.
Nietrudno zgadnąć, że w takim świecie ostatecznym arbitrem staje się ten, kto akurat trzyma kara­bin.

Po drugie.
Nie podzielam postulatów „karania sędziów” za takie poglądy. W wymiarze sprawiedliwości nie ma nic gorszego niż nakładanie kagańca na niezawisłość orzeczniczą. Dziś kara się za podważa­nie wyroku innego sądu, jutro będzie się karało za orzekanie niezgodnie z oczekiwaniami prokura­tora. Mechanizm jest zawsze ten sam.

Od eliminowania błędnych rozstrzygnięć są instancje odwoławcze i nadzwyczajne środki zaskarże­nia, a nie dyscyplinarna pała.

W sprawie nie ma jeszcze pisemnego uzasadnienia. Po jego sporządzeniu zostanie wniesiona apela­cja – i mam nadzieję, że Sąd II instancji to kontrowersyjne postanowienie po prostu uchyli.

Po trzecie.
Sąd niczego nie unieważnił i nie wywołał żadnych powszechnych skutków prawnych. Wyra­ził jedynie swój pogląd na potrzeby jednej, konkretnej sprawy. Pogląd ten nie stanowi podstawy do „cofania” aktów stanu cywilnego ani do kwestionowania możliwości zawierania kolejnych mał­żeństw przez rozwiedzionych.

Jeżeli w tym całym zamieszaniu można dostrzec jakikolwiek pozytyw, to chyba tylko ten, że do opinii publicznej zaczęło docierać, iż bałagan w wymiarze sprawiedliwości nie jest abstrakcyjną debatą akademicką, lecz realnym problemem, który prędzej czy później może dotknąć każdego.

Z gorszych informacji: obawiam się, że politycy, Rząd, Prezydent czy nawet sędziowie Sądu Najwyższego nadal nie będą w stanie dostrzec niczego poza czubkiem własnego nosa – ani wznieść się ponad partyjne i osobiste interesy, ani realnie tego problemu rozwiązać.